środa, 3 lipca 2013

tak





Tak, to wstrząsające odkrycie - być jedną z wszystkich. Tyleż samo uwierające i niechciane, jak radosne i niosące ulgę. 
Z łatwością wsiąkam w nowe miejsca i nowe środowiska. Czasami myślę, że mogłabym mieć na imię Yassera (dzięki Aniu W.)  Nowe miejsca przyjmują mnie bez walki, nie biorąc daniny z autonomii.  A może tylko nie byłam w miejscach, które odrzucają tak mocno, że nie można oddychać? Albo zjadają i wypluwają produkt tożsamy z otoczeniem?
W sumie jest mi łatwiej żyć, ale zostałam pozbawiona tego poczucia, które mówi - tylko tu jesteś u siebie, to twoje jedyne właściwe miejsce. Czekało na ciebie. Czytam o tym - Wy to macie. 
Wczoraj zadzwoniła do mnie sąsiadka i przejechała mi po uchu serią z karabinu maszynowego.  Od dwóch lat już co nieco  rozumiem, więc z tego potoku słów  wychwyciłam - spotkać ... w połowie drogi. Była bardzo zdenerwowana i chciała żebym natychmiast zdiagnozowała charakter wysypki na jej plecach. Przychodzi do mnie, nie dlatego, że jestem lekarzem, tylko dlatego, że jestem inna. Ta inność ją uspokaja. Bo jestem inna, ale swoja. Przynosi dużo truskawek, "od których robi się jej niedobrze" i opowiada o swoich największych lękach. Na przykład o zalesianiu pól uprawnych. Śni jej się las podchodzący pod okna domu, upał i susza i pożar. Wtedy już nie ma ucieczki. Jezuuuuuu!
Ja jej opowiadam o klaczy sąsiada, jakie ma ładne imię - Taka Bądź i że na pewno do śmierci dożyjemy, bo nie da się inaczej. Ona się uśmiecha, bo wie, że ja też się boję.
Pokazując mi plecy, niby mimochodem obnaża również przód, tłumacząc dlaczego nie nosi biustonosza i że tu, ooo tu, właśnie wczoraj znalazła kleszcza. Trwa to dosyć długo. Jest niesamowicie. Trochę chce mi się śmiać z zażenowania. Nie wiem czy mam się przyglądać z uwagą, czy udawać, że nie widzę.
To nie był film.
Wiem przecież, że jestem jedną z nich. To jest dobre. Niczego mi nie odbiera.
Nareszcie jestem cała.

PS - oni to ludzie. Ze wszystkim najgorszym i najlepszym, co tworzy człowieka. Z całym mułem i grzechem i ptakiem na niebie.
Nie chodzi mi o mieszkańców wsi!

29 komentarzy:

J. pisze...

nie mogę się oprzeć wrażeniu, że bardzo chciałabym poznać Cię osobiście :)

Lubię Cię czytać.
Bardzo.

Julia K pisze...

Nieraz czytając Twoje komentarze myślałam.....przecież to temat na wpis....a u Ciebie cisza :)
Fajnie że wkleiłaś swój koment od Zenzy :) podoba mi się.
A umiejętność wsiąkania w nowe miejsca i nowe środowiska jest wielce pożądana :)
Ja wręcz uwielbiam poznawać nowych ludzi, zmieniać miejsce, tyle ciekawego mogę się dowiedzieć i tylu fajnych ludzi spotkać. Jak chociażby tu na blogach, w miejscu do niedawna zupełnie dla mnie obcym i nieznanym.
Pozdrawiam ciepło :)

Margarithes pisze...

dzisiaj podobną dyskusję toczyliśmy na zajęciach. Wsiąkanie w otoczenie. Jestem jak kameleon, gdyby nie mój wygląd... jednak nie czuję się odrzucona, ludzie nie podchodzą so mnie jak do czegoś obrzydliwego. Wręcz przeciwnie, chcą poznawać, chcą rozmawiać, pomagać... abym tylko poczuła się jak u siebie. Więc chodzę, uśmiecham się, bajam o pogodzie, pomagam nosić torby staruszkom, pozwalam sobie postawić piwo. Jest miło.

Twoja sąsiadka sprawdza na ile może sobie pozwolić?

Matka Sary jeszcze się przede mną nie rozebrała :)

Agata Rak pisze...

Wsiąkłaś...Ale tak całkiem ,,Swoja"no nie wiem...Moi rodzice mieszkali w górach kilka lat i choć zostali zaakceptowani i byli szanowani to za Swoich nie zostali uznani...

Zenza pisze...

Nie potrafiłbym tak żyć nie przynależąc do jakiegoś miejsca. Najlepiej się czuję gdy jestem w domu, on jest moim portem z którego wypływam na wzburzone morze. Mój dom jest częścią mnie, tylko w ten sposób mogę mu bezgranicznie zaufać. Może dlatego, że kocham swój dom, ten obecny. Porzuciłem już dwa domy i rzeczywiście po nich mógłbym powiedzieć tak jak Ty - nie przynależałem do żadnego z nich. Nic tam swojego nie zostawiłem.
Może jeszcze nie trafiłaś na swoje miejsce? Nie czujesz, że gdzieś na Ciebie ono czeka?

Co do wsiąkania w nowe środowiska to mam tak samo. Często o sobie żartuję, że jestem jak Zelig z filmu Allena. Kiedy rozmawiam z żydami rosną mi pejsy, kiedy przypadkiem trafiam na rasistowski wiec najgłośniej krzyczę hurra. Brak przywiązania do własnych (jakiś tam) poglądów powoduje moją elastyczność.
U Ciebie dochodzi jeszcze inteligencja interperosnalna plus wysoka kultura osobista i mamy tego efekt. Wiejskie baby niedługo zaczną Ci dupę pokazywać i mężów przyprowadzać na noc, na przechowanie, żeby się najedli i wyspali.

Jestem jednym z nich. Ciekawe czy oni tak jak i ja...
Jak pisał Pessoa:
"W samotności potrafię obmyślać dowcipne uwagi, błyskawiczne riposty na coś, czego nikt nie powiedział, fajerwerki błyskotliwych dysput prowadzonych z nikim, jednak wszystko to przepada, kiedy staję przed innym organizmem - tracę wówczas inteligencję, tracę zdolność mówienia i po upływie kwadransa czuję już tylko senność".

pozdrawiam najserdeczniej :)

Alcydło Kr. pisze...

Tak, człowiekiem targają ambiwalentne uczucia. Chcielibyśmy być oryginalni, jedyni, niezastąpieni, chcielibyśmy się wyróżniać, a jednocześnie najbezpieczniej czujemy się wtopieni w anonimowy tłum...
Jak jednocześnie zaistnieć i przeminąć cicho bez echa, nie przyciągając niczyjej uwagi i natrętnych pytań? Zapłonąć na krótko i dać się zdmuchnąć, by w mroku spokojnie układać domino z własnych wyimaginowanych pląsów na świeczniku?

Życie bywa niejednokrotnie bardziej fascynujące, niż najlepsze kino. I zdarza się to także nam, maluczkim...:))

Ja, podobnie jak Zenza, z powodzeniem mogłabym być Zeligiem. Uważam to jednak za swoistą słabość, karłowatość własnej indywidualności i chęci nie przełożonych na... nic.
Ale z drugiej strony, przecież ulga to i spokój...

Sama umiejętność wtapiania się w otoczenie wiele ułatwia, bywa prawdziwą sztuką:)

Pozdrawiam Cię M. serdecznie!

Los alpaqueros pisze...

Po wielu latach naszych wędrówek wiemy jedno, nie chcemy wsiąkać, chcemy za wszelką cenę zachować swoją odrębność. Wiemy że ta odrębność, inność jest dla miejscowych też magnesem, wielu rzeczy nie powiedzieli by swojakowi (obawa przed plotami) obcemu (wyalienowanemu) łatwiej :) sprawdzaliśmy to wielokrotnie, a jest jeszcze jeden warunek zawsze trzeba szanować tego miejscowego i on to musi czuć, to dowartościowuje i ośmiela.
Pozdrawiamy Was.

Mama Maminka pisze...

Piękne poetyckie komentarze...ale tu akurat sprawdza się stare ludowe przysłowie:"Kto z kim przystaje takim się staje". Pozdrawiam

Ania M. pisze...

Poruszyło mnie to.

Anka Wrocławianka pisze...

Yassero, siostro!

ostra pisze...

chyba nie umiem wsiąkać
a może nie chcę...

Z Innej Bajki pisze...

pewnie takim "tak" i akceptacją dookoła łatwiej jest oddychać ...
Nie znam ,niestety, tego uczucia ,ale szukam,bo mam silne przeczucie,że ono pozwala osiągnąć spokój i znaleźć swoje miejsce
pozdrawiam!

Tupaja pisze...

Tak napisałaś, że ... nie wiem co napisać...

pozdrawiam ciepło!

Sąsiad pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Sąsiad pisze...

Wątek z piersiami wskazuje, że nadal jesteś postrzegana jako podniecająco Nowa ;)

A napiszę:
wkurwia mnie, że lokalsi mają pretensje, że jestem stamtąd, skąd przecież uciekłam właśnie do nich.

GAJA pisze...

Nie umiem, nie chcę i nie potrafię wsiąkać. Nie wsiąknęłam przez osiem lat, nigdy nie będę "stąd", zawsze "miastowa", choć do bólu "wsiowa".

M. pisze...

Kochani, chciałam Wam napisać, że w moim odczuwaniu świata, bardzo mi brakuje czerni i bieli. Chciałabym na przykład nienawidzić miasta i kochać wieś. Albo kochać miasto i wzdragać się na myśl o wsi i jej mieszkańcach. Chciałabym żeby czekało na mnie miejsce, mi przeznaczone, a te inne żeby absolutnie do mnie nie pasowały. Przeraża mnie myśl, że mimo serca wypełnionego górami, mogłabym pewnie szczęśliwie mieszkać nad morzem. I tak dalej i tak dalej.
Mając do wyboru to lub to, wybieram to i to.
Myślę, że nie jestem nomadą. Pragnę domu - miejsca stałego. Kłopot w tym, że mogłabym ożywiać nowe domy lub mieć ich kilka na raz, kochanych równie mocno.
Pisząc o wsiąkaniu, to właśnie miałam na myśli, a nie moją wioskową społeczność.
I jeszcze coś dla mnie bardzo ważnego. Przez długie lata nie byłam w stanie wymieszać się w całość. Jak nie rozwarstwiający się sos. Byłam, w swoim mniemaniu, albo nic nie wartym stworzeniem, paskudnym kundlem ze skołtunioną sierścią, albo bytem uduchowionym, czystym i nieskalanym, istotą z innej planety. I nie były to informacje płynące ze świata, świat najwidoczniej dostrzegał mnie pomiędzy huśnięciami, jakoś tam lubił i brał bez cenzury. To ja nie mogłam się odnaleźć, nie mogłam się połączyć w całość. Dopiero tu, na wsi czuję się spójna. To dla mnie wielkie szczęście.
Moje poczucie odrębności wobec innych pozostaje nienaruszone, kraczę we własnym narzeczu i na inne tematy. Nie muszę nikogo udawać ani z nikim się utożsamiać.
Ale wreszcie czuję się przynależna do wszystkich.
Męka wyobcowania zdechła.



Natalia z Wonnego Wzgórza pisze...

My często czujemy podobnie. Jedziemy rano do pracy i widzimy te nasze pola, nasze drogi i nasz sklep z naszymi panami, którzy od rana już tam stoją i wcale nie czekają na przyjazd piekarni. To wszystko jest nasze, bo to nasze miejsce na Ziemi, drzewa się do nas uśmiechają, kłaniają się trawy, a panowie pod sklepem machają, bądź zdejmują kapelusze. Jednak też wciąż czujemy się inni. Mamy wrażenie, że niektórzy chcą np. wypić z nami piwo, nie dlatego, że jakoś szczególnie nas lubią, ale dlatego, że są ciekawi.
Tak już chyba musi być z nami - przesiedleńcami.
Pozdrawiam. ciepło.
PS. kiedyś jedna pani pokazywała mi w sklepie brzuch (potwornie wielki od picia piwa), chciała się pochwalić kolczykiem w pępku, którego i tak nie było widać, bo zasłaniały go fałdki. Też czułam się zażenowana i nie wiedziałam, czy patrzeć, czy odwrócić wzrok. Oprócz mnie patrzyła też cała sklepowa kolejka...

Julia K pisze...

Zazdroszczę Ci tego odnalezienia się.
Często czuję się jak taki zmoknięty psiak. Często wydaje mi się, że nie jestem tu gdzie powinnam, nie robię tego co bym chciała. Ale to uczucia chwilowe...mijają...być może gdybym czuła to stale, coś bym zmieniła.
Ale jednocześnie wiem, że gdzieś tam czeka na mnie moja wymarzona Hiszpania i kiedyś tam odnajdę swoje miejsce i spokój.
Póki co będę Cię czytać i czerpać z Twego :)

Alcydło Kr. pisze...

M, wydaje mi się, że czasem przykładamy zbyt dużą miarkę. Miasto to nie jest miejsce, to cała masa poszczególnych miejsc. W jednych czuję się dobrze, w innych nie. czasem sprawiają wrażenie jednej układanki, która tworzy nawet jakiś zamazany obrazek, a czasem są elementami z zupełnie różnych bajek.
Podobnie, jeśli chodzi o wieś.

Myślę, że w jakimś sensie odnalazłaś już swoje miejsce. Choć może nie nastąpiło to na tyle nagle, by dało się zauważyć. Piszesz, że wreszcie czujesz się spójna. I może o to właśnie chodzi, może to oznacza, że w tym miejscu wszystkie Twoje kawałki ułożyły się w jedną całość. Może to właśnie jest to miejsce.

Wiesz, jeśli nie bardzo odpowiada mi miejsce, jeśli nie potrafię się w nim odnaleźć, zwykle zwracam się do środka. Jak ślimak, który swój prawdziwy dom ma zawsze przy sobie:) Wtedy miejsce przestaje mieć takie znaczenie, staje się wyblakłym tłem, aż w końcu zupełnie białą kartką.

Cieszę się z Twojego poczucia spójności. Ja wciąż jeszcze balansuję...

Serdeczności!!

Mirabelka pisze...

Ja wrosłam w miasto, w którym żyję od urodzenia, kocham je i nienawidzę równocześnie. Ale moje ramiona nie ograniczają się do powierzchni podwórka, chcę zgarniać, przytulać i oswajać jeszcze inne przestrzenie. Tylko czasem muszę się odciąć i powalczyć o swoją, tą która się skrywa w środku.

Pozdrawiam serdecznie.
:)

Aneta pisze...

Tak, z mojego doświadczenia wygląda na, że warto powalczyć, żeby w jednym momencie iść zdecydowanie w prawo, albo w lewo. I tak lewo zaraz odrzuci w prawo, a prawo w lewo, ale chwilowe bycie zdecydowanie czymś jest najwyraźniej potrzebne :)

I ten taniec - jak utrzymać kontakt ze sobą w obecności nie-ja, też warte :)

A historia z sąsiadką cu-do-wna. Przypomina mi się jak mi kiedyś 20 lat starsza koleżanka opowiedziała jak sobie wzięła kochanka i jak bolało go odstawić - jak ślad po sąsiadki kleszczu

Olga Jawor pisze...

Magdo czytam to, co piszesz i czuję mocno . Tak wiele podobieństw. Niewyrażalnych uczuć. Chwila zagubienia a potem odnalezienia. Wszystko wymieszane. Wewnętrzne "ja" trochę jak wahadło w zegarze. Całe nasze tik-tak, tik-tak, aż do momentu ciszy...I spokój w tym jest i niepokój.
Ściskam Cię serdecznie!:-))

Gohaa pisze...

A ja chyba nigdzie jeszcze nie poczułam się na swoim miejscu...

schronienie pisze...

jesteś niesamowita.

Go i Rado Barłowscy pisze...

JA z rodziny "wędrownej", nie mam miejsca, które nazwałabym swoim od pokoleń... Sama z utęsknieniem czekam na kolejną, "nastą" przeprowadzkę w swoim życiu. Wrastam głównie we wnętrza, które oswajam i udomawiam przewożonymi po Polsce sprzętami. DOM włóczy się ze mną. We mnie.

Pzdr.

M. pisze...

Bardzo Wam dziękuję, że opowiedzieliście jak macie poukładane w tym (właściwie nie wiadomo jakim:)) temacie.
Świat komentarzy jest fantastyczny!

L.B. Abigail pisze...

:) Ja też napiszę, choć to temat już mocno poprzedni to jednak aktualny, że w pewnym sensie czuję się podobnie - nigdzie nie przynależna, ale jednak w jakimś ogólnym sensie, mogę powtórzyć za Harasymowiczem: "w górach jest wszystko co kocham i wszystkie wiersze są w bukach"... :)

Jola Wawrzynek pisze...

Kochana M ... ja mówię TAK , rozumiesz w całej rozciągłości obcowanie z ludźmi i jeszcze raz mówię Ci DZIĘKUJĘ ... wiesz za co . To był wielki ciężar. Buziaczki - Jola W.