niedziela, 6 marca 2011

Jak zrobić z dwóch siedem

Wczorajszego mroźnego popołudnia, zrobiło nam się z dwóch siedem!
Klementyna już poprzedniego dnia pobekiwała coś na ten temat, często przychodziła się przytulać i wkładać głowę pod rękę. Nie było w tych przyjściach niepokoju i prośby o pomoc, tylko taka jakaś wzmożona potrzeba kontaktu. Widać było, że poród już blisko. No i zgodnie z zapowiedzią, następnego dnia szybciutko i bez żadnych kłopotów urodziła dwójkę koźląt. O ulubionej koziej godzinie - po 14 tej. W swoim ulubionym miejscu - byłej stajni. W czasie gdy pierwsze koźlątko gramoliło się już mozolnie do wymienia, a drugie było w trakcie wylizywania, Klementyna, nie rozpraszając się zbytnio - urodziła trzecie...
Jakie są koźlęta? Oczywiście łaciate, tak jak syn Matyldy, który nareszcie doczekał się imienia  - Rumpel.
Spodziewaliśmy się, że z drugą kozą nie będzie tak sielankowo. I rzeczywiście nie było. Gerda jest dziwną kózką - zagubiona, niepewna, przeganiana przez inne kozy z kąta w kąt. I mimo, że zwierzęta stojące najniżej w stadnej hierarchii, zazwyczaj lgną bardziej do ludzi, ona nie, zawsze gdzieś z boku.
 Gotowa  do porodu dużo wcześniej od Klementyny, przez długi czas nie mogła sobie znaleźć odpowiedniego miejsca. Chodziła to tu, to tam, kładąc się w przeróżnych miejscach i żadne jej nie odpowiadało. Początkowo nie interweniowałam, mając nadzieję, że natura podpowie jej najlepsze rozwiązanie, ale gdy ułożyła się na śniegu w pobliżu stróżującego psa, nie wytrzymałam! Śnieg pal licho, ale pies  nie szkolony w opiece nad rodzącymi... Namówiłam bidulę na powrót do swojego domu, gdzie szykowała się już Klementyna. No i stało się tak, że rodziły obydwie jednocześnie! Klema łatwo i bezproblemowo, a Gerda po kilku próbach poddała się i zrezygnowała. Okazało się, że jedna nóżka koźlęcia była podwinięta i blokowała wyjście na świat. Razem z poproszonym o pomoc sąsiadem-koziarzem,  powoli wyprostowaliśmy ją i maleństwo  wydostało się na zewnątrz. Gerda jednak była tak słaba i zmęczona, że następne musieliśmy "urodzić za nią". Uff, już po wszystkim.
Tak myśleliśmy, ale okazało się, że najtrudniejsze było jeszcze przed nami...
Gerda nie wstawała. Uniosła tylko głowę i patrzyła szklanym, niewidzącym wzrokiem prosto przed siebie. Nie szukała swoich dzieci, chyba w ogóle o nich nie wiedziała. Szybko podłożyliśmy koźlątka pod jej nos, mając nadzieję, że ich zapach ją "obudzi". Nic z tego. Sąsiad już poszedł do domu i dwie dzielne położne Magda i Weronika musiały zastąpić kozią mamę. W ekspresowym tempie zrywały z maleńkich  główek, błony płodowe,delikatnie oczyszczały zatkane śluzem noski. Gdy koźlątka już swobodnie oddychały, trzeba je było rozetrzeć wiechciami z siana żeby pobudzić krążenie krwi i osuszyć. Kiepsko nam to szło niestety, a czas naglił, bo na zewnątrz mróz srogi i mokre dzieciątka stygły z zastraszającą szybkością. Wspomogłyśmy się dwiema rolkami papieru toaletowego nie pachnącego, czyli nie śmierdzącego (dla Gerdy), ale efekt był i tak daleki od dokonań językowych Klementyny.
 No cóż ....
Przeniosłyśmy po kolei pięcioro koźlątek do dużo cieplejszej koziarni, w której do tej chwili królowała Matylda z Rumplem. Weronika włożyła na chwilę maluchy do tekturowego pudła, a ja szybko rozścieliłam przygotowaną wcześniej świeżą słomę. Klementyna przyszła razem z nami, a Gerdę musiałam przyprowadzić za rogi, bo zupełnie nie wiedziała co ma robić. W koziarni są dwie zagródki, więc rozdzieliłyśmy obydwie mamy od siebie. Klementyna niestety jest bardzo niemiła dla cudzych dzieci i zanim stado się ponownie połączy i dogada ze sobą, trzeba na nią uważać. Jeszcze tylko sprzątanie w stajni i można odpocząć.
Martwiliśmy się co będzie dalej z dziećmi Gerdy. Czy poczuje się matką i podejmie opiekę nad nimi? Podstawiłyśmy maluchy do picia siary i na szczęście nie było protestów ze strony G. Zaczęła je nieśmiało dotykać i wąchać, a już po chwili odpowiadała na ich piskliwe wołania. Wygląda na to, że wszystko będzie dobrze.


Minęły dwa dni. Łaciatkowo w porządku. Tylko Weronika i ja chorujemy paskudnie. Mimo gorączki i fatalnego samopoczucia trzeba przedpołudniami wykonać wszystkie obowiązki wobec zwierzaków. Za to później można z ulgą oddać się pod opiekę jedynego mężczyzny w rodzinie :):):)


Ciąg dalszy wkrótce - następna w kolejce Gaja.
A ja tak sobie dumam ... A ja tak sobie myślę ...
Może w dobie kryzysu wzrośnie popyt na kozy??? !!!


A póki co, może ktoś ma pomysł na imiona dla dwóch koziołków i jednej kózki? Na razie obdarowane imionami są tylko Roszpunka i zabawna osiołkowata Marcjanna.


Przepraszam za chorobową ( nie chorobliwą ) nieskładność tekstu.









Gerdowe bezimienne
Słabiutkie jeszcze.
Marcjanna - córka Klamentyny.
Najodważniejsza i ciekawska.
"Z twarzy" bardzo podobna do osiołka.















Roszpunka - j.w.
Największa specjalistka od ssania.















Śpią zawsze osobno
daleko od mamy Klemy


.







19 komentarzy:

guga pisze...

Pięknie i piękna historia!!! to jest dopiero życie...
Dużo zdrowia życzę:)
Propozycja imion: Ziutek, Munio i Zofijka!!!
Pozdrawiam serdecznie!

Riannon pisze...

Uf, ale się przejęłam tym porodem Gerdy. Dobrze, że się wszystko fajnie skończyło. My też przeżywamy trudne psie porody i wiemy, jaki to stres i troska. A kózki nazwij po prostu imionami blogerek, które Cię odwiedzają i Ci kibicują, na pewno się nie obrażą :-)

Inkwizycja pisze...

Ależ dramatyczna historia... ale mam nadzieję, że czas przyniesie szczęśliwe (nomen omen) rozwiązanie ;-) Trzymam kciuki za szczęśliwy poród Gai.
Kózki są słodziuchne i bardzo Ci ich zazdroszczę... choć zdaję sobie sprawę, że to i radość i kłopot jednocześnie. NIech Wam zdrowo rosną!
Ściskam!

Inkwizycja pisze...

ps
Ja tam bym się nie obraziła za Inkwizycję ;-))

aneta pisze...

Piękne koźlątka. Cieszę się że się w koźlarni poukładało i wierzę, że niedługo dzielne kobiety też całkiem wydobrzeją!
Ja chyba 'młodzież' nazwałabym: Pierwsza, Druga, Trzeci :DDDD

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Matko, ale u Ciebie się dzieje, nie straciłaś głowy ani na chwilę? Ja za siebie nie ręczyłabym, bałam się zakończenia historii o Gerdzie, uff! dobrze się skończyło. I ja chcę mieć kozy? a kto to za mnie wszystko zrobi, zapłaczę się przy nich! Magdo, syn coś mi tam ponaprawiał, i powinno być dobrze, jak wydobrzejesz - spróbuj. Leczyłam domowników bańkami na zimno, po jednej serii poprawiało się zdrówko, siły obronne ruszyły do ataku na wirusa.
Koźlątka śliczne są, jak z bajki o mamie kozie i złym wilku, a czy nazwiesz któreś Marysia? Szkoda, że jesteś daleko, Ty doiłabyś kozy, a ja robiłabym bunc i oscypki, ale byłby interes, widziałam kozie serki, są bardzo drogie. Zdrówka życzę, pozdrawiam bardzo serdecznie.

Go i Rado Barłowscy pisze...

Świetny post. Denerwowaliśmy się razem z Wami i razem z Wami odetchnęliśmy w ulgą, że póki co, wszystko szczęśliwie rozwiązane.
Co do imion, to chyba trudno tak wybrać na odległość. Jakoś myślimy, że łatwiej jest, gdy popatrzy się w ślepka, przytuli, pozna charakterek.

Może spróbujecie dalej pojechać postaciami z bajek (np. Bromba Macieja Wojtyszko, Frodo J.R.R. Tolkiena i Pompon pani Olech, a może wszystkie imiona z jednej opowieści?), - jest łatwiej, gdy ma się taką ogólną zasadę, a po drugie, to fajnie, gdy w stadzie wszystkie imiona do siebie pasują. Taką zasadą porządkującą może być tematyka lub literka. (Nasze sunie mają nazwy muzyczne np., ale to nie wymysł, a staropolska tradycja, ale ułatwia poszukiwanie kolejnych imion dla miotu)
Jeszcze jedno, szukajcie raczej imion dwusylabowych, łatwiej będzie je kozom "zapamiętać" :D
Pzdr.

Go i Rado

PS. Nadawanie zwierzętom ludzkich imion może generować niezręczne sytuacje...
(My parę lat temu mieliśmy okazję dostać za darmo sunię ogarzą dwuletnią, oddaną hodowcy przez znudzonego właściciela. Odmówiliśmy, bo wabiła się Maja. Jak tu wołać tak samo na psa i na córcię???)

M. pisze...

Gugo, Riannon, Inkwizycjo, Aneto, Mario, Go i Rado!
Dzięki Waszej trosce jest nam raźniej i sił przybywa!
To był pierwszy poród z komplikacjami w naszej krótkiej koziej historii. Dotychczas kozy rodziły zawsze same, szybko i całkowicie bezproblemowo.
Dziękujemy za propozycje imion! Okazuje się, że mamy za mało koźlątek, oj musimy się szybko poprawić ...
Poległam przy kozie Inkwizycji! Już widzę miny naszych sąsiadów, jak się wydzieram na łąkach "Inkwizycjo wróć!"
Zofijka śliczne. Riannon super, ale to nie mógłby być koziołek?
ANETO - ładnie to tak sobie żartować z początkujących koziarzy? :):):)Szósta, Siódmy, Ósma ....
MARIO - nie straciłam głowy, bo pan Piotr w tym najtrudniejszym momencie pomógł. Ja wszystko teoretycznie wiedziałam (z porodów koni), ale co innego wiedzieć, a co innego łapsko włożyć bez patyczkowania się. Kózka Marysia, ale by sielsko było!
Nie mogę niestety znaleźć naszych baniek bezogniowych i bardzo żałuję.
W dojeniu jestem kiepska, ale Weronika to mała dojarka mistrzyni. Paweł też jest świetny, tylko niestety trudnonamawialny. Ja również zamierzam robić jakieś sery - niestety mleko kozie jest kapryśne i dość trudne w obróbce.
GO i RADO - bardzo mi się podoba pomysł ze stadem "tematycznym"! Powstałaby wtedy spójna całość, a u nas całkowicie bez ładu i składu...
Jeżeli chodzi o zapamiętywanie długich imion, to nie ma żadnego problemu. Jak wołam psa - przybiegają kozy (wszystkie oczywiście). Jak wołam kury - przybiegają kozy. Jak nikogo nie wołam, tylko skrzypnę drzwiami - przybiegają kozy. Jak ..........itd. One niestety mają w głębokim poważaniu wszelki porządek wymagany przez człowieka.
Jeżeli chodzi o nadawanie ludzkich imion zwierzętom, to kiedyś bardzo mnie to drażniło. Przeszło mi po zakupie pierwszego wymarzonego, wyczekanego latami konia, który miał na imię Ilona. Już mi to nie przeszkadza, a i ludziom na wsi chyba też, bo w podtatrzańskim Witowie zwoziłam siano kobyłą Magdą, a w krakowskim ośrodku jeździeckim pracowała Kasia od mleczarza i Tomek. To wszystko zwierzęta bez rodowodów i dokumentów. A ta różnica jednak działa! Faktem jest, że nie nazwałabym rasowego holsztyna - Piotrusiem :)
My mieliśmy kiedyś śmieszną i niezręczną sytuację z panem, który miał takie samo nazwisko jak nasz pies imię. Piątek.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

aneta pisze...

Tak mi tylko do głowy przyszło... Wspomnienia mnie naszły. U dziadka tak kiedyś owieczki nazywałam: Pierwsza, Druga, Trzecia, i raz trafiła się Bezoka (bo miała jakąś wadę na oku). A teraz mam psa Borysa i kota Pelę. Mam też rybki, ale bezimienne :)
Wszytskiego dobrego !

ps. z tego co tu czytam, to nie wydaje mi się, żeby blog ten był o poczAtkujących hodowcach kóz, tutaj posty pisze profesjonalista!

Go i Rado Barłowscy pisze...

Moja synowa ma na imię Ilona :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
Nie chciałaby pewnie mieć kobyłki imienniczki... Tak sądzę.
Pzdr.
Go

weszynoska pisze...

Ale się działo...och, pozdrawiam serdecznie kozie mamy i ich opiekunów. Wzruszają mnie takie historie, chociaż jestem "babcią" około setki psich dzieciaków. Nasi sąsiedzi mają już chyba trzecią kobyłę o imieniu Baśka ( identycznym z gospodynią hihi) najśmieszniej to w polu słychać..podczas orki czy innej ciężkiej pracy "Baśka!!! ty cholero, nastąp...wio ..itp..haha. Kozie dzieci są cudownie rozkoszne. Może Ruzia???? Rezon?? Rumba???

Inkwizycja pisze...

Oj tam zaraz wołać "Inkwizycja"... można przecież "Inka, słoneczko" ;-))) A jak będzie Dużą Kozą, to czyż to nie wystarczająco dostojne imię?
Zawsze mogłabym mamą chrzestną zostać ;-)))

maszka11 pisze...

Zupełnie od czapy;) Filmowo. Kozioł Skowron("Szaleństwa Majki Skowron"), kózka 1 Dyzma("Kariera Nikodema Dyzmy"), kózka 2 Lalka("Lalka", która grała zresztą pierwsza dama polskiego kina, hi hi).
Gratuluję przychówku!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Mamy 3-go z kolei psa o imieniu Maks, kiedyś sąsiadka koleżanki, dziewczyna w kwiecie wieku, przywiozła za świata swojego narzeczonego. Zabierałam zawsze swojego psa, bo grzeczny, leży u stóp.
Chciał się oddalić, a ja do niego: Maksiu, Maksiu, narzeczony zerwał się pośpiesznie, okazało się, że miał na imię Maks.Było mi trochę łyso, a narzeczeni chyba już nie są razem, chyba nie z powodu mojego psa?

M. pisze...

Pięknie witam nowych gości!
WĘSZYNOSKO i MASZKO11 - dzień dobry!

ANETO - ja u Ciebie zawsze widzę taki szelmowski błysk w oku! Nie wiem dlaczego.
GO - Ilona była tak niezwykłym koniem, że kto wie ... :)
Kupiłam ją z tym imieniem, które mnie uwierało jak kamyk w bucie. Natychmiast zresztą zostało zmienione na "Roszada". Nic z tego jednak nie wyszło, ona prawdopodobnie była Iloną i już. Pozostałam wobec tego faktu bezradna i tak zostało do końca jej dni.
Mnie ludzkie imiona u zwierząt, łącznie z moim, zupełnie nie urażają (obrażają?) U koni mi się to po prostu bardzo nie podobało, ale bardziej ze względu na konie niż ludzi:):):)
Do kóz mi jakoś przedziwnie pasują, nie mam pojęcia czemu. Na szczęście nie są często spotykane u ludzi i nie będzie chyba kłopotów z tego powodu, mam nadzieję:)

A w ogóle najczęściej bywa tak, jak pisze Inkwizycja, nadane imiona są "wyjściowe", a później i tak się mówi do zwierzaków inaczej. U nas wszystkie koziołki z czasem stają się bucusiami.

Ta kobyła Baśka u sąsiadów Węszynoski, to, myślę, całkiem poważna sprawa. Przypuszczam, że symbolicznie jest pełnoprawnym członkiem rodziny i potrzebuje odpowiedniego do swej rangi imienia. Kiedyś przecież od konia i krowy zależało życie całej rodziny!
A, że przy okazji można sobie swobodnie "nawtykać" pod adresem żony ...:)

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

Owca Rogata pisze...

Przepiękne koźlątka. Gratuluję i trzymam kciuki za mamę in spe - Gaję.
A mnie rodzą się teraz jagnięta, wszystkie czarne jak węgielki. Na razie 2 tryczki i 1 owieczka. Nie wiem ile mi przybędzie,bo owce są bardzo tajemnicze w sprawach swych ciąż. A tryki były kastrowane, aby w tym sezonie dzieci nie było. Widać weterynarz fajtłapa. W zeszły roku miałam 50 dzieciaków. Wszystkie moje owce i barany mają ludzkie imiona, biblijne (z wyjątkiem Franciszka i Moryca). Bardzo mi się u Ciebie podoba. Serdecznie pozdrawiam

Rogata

M. pisze...

Witaj Owco Rogata! Matko jedyna, 50 jagniąt? Podziwiam, że ogarniasz taką gromadę! A są chętni do kupna?
U naszych sąsiadów też jest śliczna kózka po "wykastrowanym ojcu" ...
Właśnie się szykuję na odwiedziny weterynarza, innego i mam nadzieję niezawodnego.
Serdecznie pozdrawiam! Magda

HANNAH - UNE FEMME pisze...

Dziekować dziekowac za odpowiedź, a pupe pewnikiem ma, bo z jakiego by powodu nie?
Bu\ziole w noch jutro jade do szczecinka wrrr 1000 km i na 2 dni. Nie lubie, ale muszę wrrr.

Anonimowy pisze...

Z nadawaniem imion trzeba, faktycznie, uwazac. Nie tylko gdy chodzi o zwierzeta.
Kiedys znalam dziewcze, ktoremu rodzice nadali imie Matylda. Nic, piekne imie. Ale oni nazywali sie KOZA. Biedne dziewcze najszybciej jak moglo wyszlo za maz :-)
Pozdrawiam
A(polonia)